Polderem do pułkownika – PN Ujście Warty

Polderem do pułkownika – PN Ujście Warty
Może ta informacja zainteresuje Twoich znajomych?
Ponad rok temu przygotowaliśmy dla Magazynu Rowertour relację z naszej rowerowej majówki w okolicach Kostrzyna nad Odrą, gdzie w dość mroźne wówczas dni przemierzaliśmy ciekawe okolice najmłodszego Parku Narodowego w Polsce „Ujście Warty”. Kto ma ów Rowertour na półce, ten zna naszą relację. Kto nie ma, ten może przeczytać ją teraz w całości. Zapraszamy nie tylko do lektury, ale przede wszystkim do odwiedzenia opisanych interesujących zakątków Polski. A okazja, czyli długi majowy weekend już niedługo!

 

Spora część Polski pokryta była wówczas grubymi chmurami, ale park potraktował nas łagodnie, pokazując się ze swej słonecznej strony. Błękitne niebo towarzyszyło nam prawie przez cztery dni, jedynie wiatr i niemal zimowe temperatury dawały się nieco we znaki. Nie zniechęciło nas to do przemierzenia 200 kilometrów po atrakcyjnych zakamarkach parku i jego okolicach, bogatych w dziką przyrodę i miejsca związane z wydarzeniami historycznymi. Udało nam się nawet porozmawiać z żyjącą legendą II wojny światowej – żołnierzem, któremu wystawiono mogiłę i pośmiertnie przyznano order. Penetrowaliśmy także ścieżki rowerowe po drugiej stronie Odry u naszych zachodnich sąsiadów.

Ptasim szlakiem

Ujście Warty - majówka rowerowa
Ptasim Szlakiem - wspaniała trasa na rower (fot. Krzysztof Grabowski)

Na punkt wypadowy dziennych wycieczek postanowiliśmy wybrać Kostrzyn nad Odrą. Nasza ekipa składała się z dwóch południowców, czyli mieszkańców południa  Polski, przyzwyczajonych raczej do górzystych terenów, oraz jednej osoby, która do Kostrzyna przyjechała z niedalekiego Szczecina. Już pierwszego dnia, po znalezieniu kwatery i rozpakowaniu, ruszyliśmy na krótki rekonesans. Najpierw odwiedziliśmy siedzibę parku narodowego, gdzie dostaliśmy garść informacji i promocyjne foldery, również mapy szlaków pieszych i rowerowych. Potem skusiła nas kostrzyńska twierdza. Mając w pamięci widok twierdzy w Srebrnej Górze, spodziewaliśmy się czegoś podobnego – dużego i atrakcyjnego. Okazało się inaczej. Uderzyło nas dość niepozorne wejście na teren miasta twierdzy, którego w pierwszej chwili nie rozpoznaliśmy. A potem rozczarowała reszta. Owa twierdza to tak naprawdę tylko miejsce po twierdzy i kilka pozostałości. Fortyfikacje wzniesiono w XV wieku, a w XIX dobudowano cztery forty. Miasto twierdza zostało niemal całkowicie zniszczone podczas działań wojennych w 1945 roku. Obecnie można pospacerować uliczkami, z których każda ma swoją nazwę, jak w prawdziwym mieście. Uliczki są jednak trawiaste, a cały obszar przypomina bardziej teren rekreacyjny niż miasto. Niemniej od drugiej strony rzeki widać wyraźnie mury, świadectwo dawnej wielkości miasta. Na terenie Twierdzy Kostrzyn trwają obecnie prace restauracyjne. W tej sytuacji należało się wycofać i zapuścić w głąb parku. Najpierw dość ruchliwą drogą przez kilkanaście kilometrów w szybkim tempie, walcząc z wiatrem i zimnem, jechaliśmy wzdłuż podmokłych terenów drogą do Słońska. Na całej długości co jakiś czas dostępne są ścieżki, dzięki którym można zjechać z głównej szosy, by podglądać życie ptaków na mokradłach. W Słońsku opuściliśmy niemiłą trasę już na dobre – skręciliśmy w lewo i przez wioskę dojechaliśmy do tak zwanej betonki. Drogą z betonowych płyt, ułożonych nieznacznie ponad poziomem wód, poprowadzono ścieżkę przyrodniczą „Ptasim szlakiem”. Betonka wiedzie do Mostu Wysokińskiego, gdzie licznie gromadzą się miłośnicy wędkarstwa. Dalej szlak można pokonać tylko pieszo lub rowerem. Biegnie przez środek mokradeł stanowiących jedne z najbardziej atrakcyjnych w parku terenów lęgowych ptaków. Po drodze napotkaliśmy osoby spacerujące i podziwiające z oddali liczne gatunki. Warto więc zabrać ze sobą lornetkę, a nawet atlas ornitologiczny. Jest to także raj dla fotografów pasjonujących się dzikim ptactwem. Dwie osoby z profesjonalnym sprzętem i długimi teleobiektywami na statywach oczekiwały na właściwy moment zrobienia dobrego zdjęcia przy niskim świetle późnego popołudnia. Na terenie Ujścia Warty jest co fotografować – żyje tu niemal 300 różnych gatunków ptaków, z czego niemała liczba objęta jest szczególną ochroną jako gatunki zagrożone wyginięciem. Nasza rowerowa wycieczka tego dnia musiała się zakończyć powrotem tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Betonka w pewnym momencie wzniosła się na mostek, by dalej zanurzyć się pod mokradła. Jak można przeczytać na stronach parku, roczne wahania poziomu wody sięgają nawet czterech metrów, a najwyższy stan przypada właśnie na okres wiosenny. Jak powiedział nam napotkany młody chłopak ubrany w moro, podobno latem można tędy jechać dalej i zatoczyć koło, wracając do punktu wyjścia. Szkoda, bo właśnie na wiosnę przypada czas ptasich lęgów i wycieczka mogłaby być dłuższa. Prawdę mówiąc, nie da się ptasiego szlaku przejechać na jeden rzut bez zsiadania z roweru. Oczywiście nie mam na myśli trudności technicznych czy kondycyjnych, lecz piękno krajobrazu, soczystą zieleń roślinności, splecioną z błękitem wody i buszujące ptactwo – to dzięki nim człowiek zatrzymuje się co kilkadziesiąt metrów, podziwia i fotografuje.

Męstwu wojskowemu – cnocie żołnierskiej

Ujście Warty - majówka rowerowa
Muzeum Chwały Oręża Polskiego płk. Czesława Chmielewskiego w Witnicy (fot. Krzysztof Grabowski)

Następny dzień mogliśmy wykorzystać w pełni – od rana do wieczora. Po śniadaniu postanowiliśmy przemierzyć trasę rowerową „Na dwóch kółkach przez Polder Północny”. Jeśli ktoś szuka spokoju, łatwych ścieżek wśród zieleni, znajdzie tu miejsce dla siebie. Już na początku szybko docieramy do dzielnicy Kostrzyna, Warnik, i zatrzymujemy się pod interesującym budynkiem stacji pomp. Obok wielu wędkarzy łowi ryby, a dla nas zaczyna się tu właściwa część ścieżki rowerowej, bo prowadząca poza miastem. Leniwie, w ciszy zakłócanej jedynie szmerami natury, jedziemy wzdłuż Warty, mijając punkty obserwacji ptaków oraz nieistniejące miejscowości o tak intrygujących nazwach, jak New York czy Yorktown. To pozostałość po czasach, gdy owe ziemie były zasiedlane i dostosowywane pod uprawy. Tworzące się wówczas kolonie przyjmowały nazwy rodem z Ameryki. Jedziemy w ten sposób aż do Witnicy. We wsi interesujący i nietypowy jednocześnie jest Park Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji. Już sama nazwa intryguje i zachęca do jego odwiedzenia. Nas bardziej przyciągnęło jednak inne miejsce – muzeum wojskowe. Postanowiliśmy je odszukać. Mimo że przy drodze stoi armata, nie tak wyobrażaliśmy sobie wejście do wojskowego muzeum – niepozorne, wyglądające prawie jak każde w sąsiedztwie. Nic dziwnego, bo jest to muzeum prywatne. Do dziś na swoim terenie – na podwórku i w pokojach – prowadzi je pułkownik Czesław Chmielewski, oficer 2. Armii Wojska Polskiego, który został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, a swoją mogiłę ma w Zgorzelcu na cmentarzu wojskowym. Jak to możliwe? Dowiedzieliśmy się tego z opowieści z ust samego pułkownika. Postawiliśmy nasze rowery w cieniu dział oraz armat i rozproszyliśmy się po niewielkim otwartym terenie, by przyjrzeć się zgromadzonym eksponatom z bliska. Potem gospodarz zaprosił nas do zwiedzenia części muzeum, dostępnej w kilku pokojach jego domu. Mimo podeszłego wieku – pułkownik urodził się w 1924 roku – i mocno nadszarpniętego zdrowia, poczucie humoru żołnierza nie opuszcza. Nieustannie używając charakterystycznego dla siebie przerywnika „prawda i tak dalej”, opowiedział nam wiele ciekawostek i faktów z lat wojny i czasów, gdy gromadził eksponaty do muzeum. W ostatnich dniach wojny został trafiony wieloma odłamkami, z których kilka do dziś nosi w swoim ciele. W rzeczywistości ciężko ranny, został uznany za zmarłego. Dość przypadkowo uratowali go z pola bitwy radzieccy żołnierze i po wielu miesiącach udało mu się dojść do sił i wrócić do Polski. Historia muzeum zaczęła się od dnia, w którym dowiedział się o swojej wojskowej mogile. Postanowił wówczas stworzyć Muzeum Chwały Oręża Polskiego, które w ten sposób prowadzi od początku lat 70. XX wieku. Należą się tu podziękowania panu pułkownikowi Chmielewskiemu za ciekawe opowieści snute podczas pokazywania nam zbiorów własnego muzeum, tym bardziej że poruszanie się sprawia naszemu bohaterowi wiele trudu. Po dawce niesamowitych opowieści czekała nas droga powrotna. Nieco błądząc w poszukiwaniu właściwego szlaku, częściowo piaszczystymi leśnymi ścieżkami przez małe wsie dojechaliśmy do Dąbroszyna, skąd główną trasą na kolację do Kostrzyna. W planie na następny dzień była dłuższa wyprawa aż po krańce Polski – do zachodniego przylądka. Czekały na nas znane z historii Polski miejscowości, jak Cedynia czy Siekierki.

Może Cię zainteresować:   Nieważne czym, ale kiedy - fotoporadnik

Cześć Czciborowi!

Ujście Warty - majówka rowerowa
Pod pomnikiem Bitwy pod Cedynią (fot. Krzysztof Grabowski)

Rankiem wsiadamy do pociągu relacji Kostrzyn – Szczecin. Po kilkudziesięciu minutach jazdy, w ostatniej chwili, nieco zaspani orientujemy się, że trzeba wysiadać. Jest zimno i zanosi się na najmniej słoneczny dzień z całego weekendu. Jesteśmy w Chojnie. Miasto szczyci się wieloma zabytkami, które skupione są w bliskim sąsiedztwie, więc łatwo do nich dotrzeć rowerem w krótkim czasie. Szczególną uwagę przykuwa gotycki ratusz z niemal siedemsetletnią historią. Także dwie zachowane bramy z murów obronnych miasta są niezwykłe. Brama Świecka uznawana jest za jedną z najpiękniejszych gotyckich bram obronnych w kraju. Przejeżdżamy przez nią, nieco dalej oglądamy ruiny kilkusetletniej kaplicy i wyjeżdżamy w dalszą trasę. Kierujemy się bocznymi drogami do Krzymowa, by dalej, przez Cedyński Park Krajobrazowy, szerokim łukiem dostać się do Cedyni. Tu próbujemy swoich umiejętności jazdy po długich płaskich schodach, wspinając się do wieży widokowej (zdecydowanie łatwiej jest po tych schodach zjechać). Obejrzawszy okolicę, bierzemy kierunek na Osinów Dolny. Jedziemy niewielki odcinek, by po chwili poczuć się jak podczas wyprawy po Szkocji sprzed kilku lat – po lewej stronie drogi rozciąga się bowiem rezerwat przyrody Wrzosowiska Cedyńskie. Nieco dalej na wzgórzu wznosi się pomnik tajemniczego Czcibora. To tu ponad tysiąc lat temu doszło do potyczki znanej nam obecnie jako bitwa pod Cedynią, w której Mieszko I i właśnie ów Czcibor, brat Mieszka, pokonali wojska brandenburskie. My także mieliśmy tu naszą prywatną bitwę. Przeciwnikiem była grząska ścieżka i stromo nachylone zbocze wzgórza. Najpierw walczyliśmy na siodełkach, a potem już pieszo, pchając rowery pokonaliśmy zbocze i wspięliśmy się do stóp pomnika. Tego dnia czekała na nas jeszcze, wspomniana wcześniej, najbardziej na zachód wysunięta miejscowość w Polsce – Osinów Dolny, a następnie Siekierki i duży, zadbany cmentarz wojenny. Właściwie leży on na terenie wsi Stare Łysogórki, ale zwykle kojarzony jest z Siekierkami. Spoczywa na nim niemal dwa tysiące żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego, którzy zginęli w krótkim czasie w trakcie operacji forsowania Odry tuż przed końcem II wojny światowej. Na równomiernie rozmieszczonych krzyżach niemal każda tablica upamiętnia osobę bardzo młodą. Chwila zadumy i czas na dalszą jazdę. Prawie mechanicznie przez 20 kilometrów jedziemy do Mieszkowic, gdzie wsiadamy do pociągu.

Może Cię zainteresować:   Nieważne czym, ale kiedy - zimowy poradnik fotograficzny

Fasada za Odrą

Ujście Warty - majówka rowerowa
Bociek jak wygląda każdy widzi (fot. Krzysztof Grabowski)

Ostatniego dnia powraca ładna pogoda, a my decydujemy się zobaczyć, jak wygląda świat po drugiej stronie Odry. Ponieważ jest to dzień powrotu do domu, mamy tylko kilka godzin. Wzorcowymi ścieżkami rowerowymi biegnącymi po wałach wzdłuż rzeki jedziemy przed siebie na północ. Jest to fragment dłuższej trasy wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry. Po stronie niemieckiej okolica jest senna. Niedaleko nas spacerują bociany, a gdzieś w oddali leniwie płynie barka z turystami. Osiągamy małą miejscowość Reitwein. Stoi tu kościół wyglądający jak świeżo odrestaurowany zabytek. Gdy podjeżdżamy bliżej, okazuje się, że to tylko fasada. Świątynia nie ma dachu i stanowi interesującą ruinę. Tę część wycieczki możemy podsumować tak: niemiecki porządek, eleganckie asfaltowe ścieżki, tablice informacyjne, znaki i drogowskazy. Chociaż wszystko może być wzorem, nie do końca przypada nam do gustu. Gdzie tu miejsce na spontaniczność, improwizację i możliwość zgubienia się? Kostrzyn i jego okolice to niewątpliwie warty polecenia zakątek Polski. Młody Park Narodowy „Ujście Warty” dobrze radzi sobie z promocją turystyki. Płaskie tereny i dzika przyroda powinny zachęcać zwłaszcza do rodzinnych pobytów. Dla nas – rowerzystów przyzwyczajonych do gór – wizyta tu okazała się ciekawym urozmaiceniem i spotkaniem z zupełnie innymi pejzażami. Planując letni pobyt, trzeba jednak pamiętać, że 4-6 sierpnia odbywa się w Kostrzynie doroczne wielkie święto muzyki, czyli festiwal „Przystanek Woodstock”. Kto liczy na ciszę, niech ten termin omija. Kto liczy na moc wrażeń i dodatkowe atrakcje – niech przyjeżdża.

UŻYTY SPRZĘT:

 

 

Opublikowane w: Rowertour 7/2011

Skomentuj przez profil Facebooka