Dwa oblicza Nepalu – miasta

Dwa oblicza Nepalu – miasta
Może ta informacja zainteresuje Twoich znajomych?

Zapraszamy na drugą część relacji Katarzyny Szpałek z Nepalu. W pierwszej części zapoznała nas z górami, a teraz powędrujemy przez miasta.

Dwa oblicza Nepalu. Część II – Miasta

Katarzyna Szpałek

 

Taksówka wolno przemieszczała się przez zatłoczone ulice Kathmandu. Na drodze panował trudny do opisania harmider. Wydawać by się mogło, że ruch odbywa się tutaj bez żadnego ładu. Po ulicach przemieszczały się samochody, riksze, rowery, motory i inne pojazdy, które torowały sobie drogę za pomocą klaksonów…

Kathmandu

W końcu dotarliśmy do nieco oderwanej od nepalskiej rzeczywistości turystycznej dzielnicy Kathmandu – Thamel. Znajduje się tu cała masa hoteli, restauracji, sklepików i bazarów a wszystko to aby zaspokoić potrzeby rzeszy turystów przybywających tutaj z różnych stron świata.

Zameldowaliśmy się więc w jednym z hoteli i zmieniwszy ciuchy na lżejsze poszliśmy na spacer po wąskich uliczkach Kathmandu. Pierwsze spotkanie z tym miastem, jego kulturą, zapachem, dźwiękiem i kolorem wyzwoliło we mnie pragnienie opuszczenia tego miejsca jak najszybciej. Celem naszej podróży były Himalaje, przestrzeń, przyroda, spokój a tutaj… tutaj wszystko przepełnione było kakofonią dźwięków od świtu do późnych godzin nocnych. Tak więc dreptaliśmy przeciskając się przez tłumy przechodniów, przechodziliśmy wzdłuż kramów, sklepików, witryn, zatrzymując wzrok na kolorowych ubraniach, biżuterii i innych pamiątkach, w które obfitował każdy z punktów sprzedaży. Nad ulicami wisiały setki kabli elektrycznych poplątanych ze sobą w taki sposób, że trudno byłoby dojść do tego, który jest od czego. Niesamowity gwar, nawoływania sprzedawców, muzyka mantry dobiegająca z kramików z pirackimi płytami CD, klaksony samochodów, klaksony motocykli, dzwonki rowerowe, trąbki rykszarzy, zapachy kadzideł, zapachy azjatyckiej kuchni, smród śmieci porzuconych na chodniku, to wszystko mieszało się tutaj i tworzyło specyficzny klimat tego miasta.

Może Cię zainteresować:   Wielka Racza - droga korzeni i kamieni

Przesyceni tym wszystkim postanowiliśmy poszukać jakiejś knajpki, żeby zakosztować tutejszych specjałów. Do kolacji zamówiliśmy lokalny przysmak tongba jest to rodzaj słodko – kwaśnego piwa ważonego ze sfermentowanego zacieru, który jest zmieszany z gorącą wodą i umieszczany w drewnianym pojemniku najczęściej w kształcie baryłki lub beczki. Wracając do hotelu postanowiliśmy zaszaleć odrobinę, więc skusiliśmy się na jazdę rykszą. Szalona to była jazda. Wysoki, chudy rykszarz miał niezwykle dużo krzepy i pędził z zawrotną wręcz prędkością po nadal tłocznych pomimo wieczornej pory uliczkach. Jedną ręką trzymał kierownicę a drugą nieustannie naciskał trąbkę, na której dźwięk ludzie usuwali się z drogi. Rozklekotany pojazd podskakiwał na wszelkich nierównościach ulicy a my ze śmiechem trzymaliśmy się czego tylko było można się trzymać, żeby nie wylądować w kupie śmieci, która o tej porze dnia zalegała stertami na uliczkach.

 

To tylko fragment opowieści. Całość znajdziecie na stronie autorki – katarzyna-szpalek.com, na którą serdecznie zapraszamy i zachęcamy, bo oprócz dalszej opowieści zobaczycie wiele więcej inspirujących zdjęć.

 

 

Skomentuj przez profil Facebooka