Król zagrał
Może ta informacja zainteresuje Twoich znajomych?

Od dawna miałem ochotę zobaczyć Go na żywo i posłuchać Jego głosu i oczywiście Jego gitary. Okazało się, że mimo podeszłego wieku (urodzony w 1925 roku!) jest wciąż w dobrej formie i wybrał się w trasę koncertową. Najbliżej Polski zawitał do Czech – do Pragi. Nie omieszkałem i ja tam zawitać w tym samym czasie.

Bilety po prawie 1600 koron kupiłem już kilka miesięcy wcześniej i pozostawało odliczać czas do 12 lipca. Nie była to, jak dotychczas, najdłuższa moja wyprawa muzyczna, ale jedna z dalszych, bowiem w obie strony trzeba było pokonać ponad 900 km. Na szczęście po drodze są same autostrady lub ekspresówki, więc poszło gładko. Niewątpliwie była to wyprawa warta trudu – sporo godzin jazdy, walka o pozycję do zrobienia zdjęcia podczas koncertu, powrót o 4:30 nad ranem, a po kilku godzinach już jazda do pracy, bo to przecież środek tygodnia :)

Wraz z dwójką znajomych zaczęliśmy od szybkiego zwiedzenia Pragi, posilenia się i obowiązkowego skosztowania czeskiego piwka niedaleko pięknego Starego Miasta. W ten sposób urodził się szybki projekt fotograficzny „Praga w rybim oku” :) Potem był już tylko przejazd do Centrum Kongresowego i oczekiwanie na koncert. Przed Kingiem zagrał John Mayall, który też do młodzieniaszków nie należy (ur. 1933 r.). W zasadzie sam jego występ nadawałby się na osobny koncert, a tu przecież przypadła mu „jedynie” rola supportu przed Królem Bluesa. Mayal z kilkuosobowym zespołem zagrał żywiołowo, jakby nie miał swoich prawie osiemdziesięciu lat. Jak można przeczytać na Wikipedii „większość uczniów Mayalla znacznie przewyższyła go popularnością”. Przyznam więc szczerze, że i ja jego osoby specjalnie nie znałem, a jego uczniów i ich zespoły – jak najbardziej. Koncert Mayala mógł fotografować każdy przez dwa pierwsze utwory. Koncert B.B. Kinga już nie był taki dostępny – tylko dla akredytowanych fotografów. Mam nadzieję, że się B.B. King nie pogniewa, że i ja nieco na własną rękę do tego grona dołączyłem :D

Może Cię zainteresować:   Podróżowanie po Armenii - praktyczny poradnik

Chociaż mi trudno w to uwierzyć, ale są osoby, które nie wiedzą kim jest B.B. King. Dla nich krótka notka suchych faktów: gitarzysta i wokalista bluesowy, ma 86 lat, od ponad 50 lat na scenie, okrzyknięty Królem Bluesa, zaliczony do trójki największych gitarzystów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone (tu, nie umniejszając Kingowi, można troszkę luźniej spojrzeć na ranking, bowiem wielu było i jest wielkich gitarzystów, a dziwnym trafem w pierwszej dziesiątce tej listy są sami Amerykanie i Brytyjczycy :) ). Można jeszcze dodać, że skrót „B.B.” oznacza „Blues Boy”, chociaż ja od zawsze myślałem, że to ukłon w stronę naszego miasta Bielska-Białej :D

B.B. King pokazał się po dwóch utworach zagranych przez band bez jego obecności. Ostatecznie dał koncert niezbyt długi. Nie bisował. Bawił się gitarą, przekomarzał się ze swoim zespołem, dyrygował nim. Cały czas siedział dostojnie na krześle i wskazywał ruchami rąk i całego ciała, gdzie muzyka ma snuć się delikatnie, a gdzie dynamicznie. Dużo rozmawiał z publicznością oraz zachęcał do śpiewania. Takie „gadane” utwory trwały po kilkanaście minut. To był koncert prawdziwej gwiazdy, która nie musi nic udowadniać. Wystarczy, że jest na scenie, trzyma gitarę i ma mikrofon. King schodził ze sceny również wiele minut. Kłaniał się i dziękował. Oczywiście owacja publiczności na stojąco go nie ominęła. Zresztą dostał ją już na wejściu. Pozostawił wrażenie osoby takiej, jakie powstało w mojej głowie ze słuchania płyt i oglądania jego koncertów na DVD – osoby niezwykle pogodnej i szczęśliwej z tego, co robi.

Może Cię zainteresować:   Morawy Południowe: wino i rower - jak to możliwe?

Czas na kilka fotografii. Ladies and Gentelmen, please welcome on the stage: B.B. King!!

 

Praga w rybim oku

 

 

 

Skomentuj przez profil Facebooka